Wyprzedaż jeszcze potrwa
Dodano:
Z kupowaniem akcji warto poczekać przynajmniej do początku pzyszłego roku. Albo i dłużej, jeśli nadejdzie bessa
W ciągu zaledwie trzech tygodni od 3 października, kiedy to WIG 20 ustanowił historyczne maksimum, główny indeks warszawskiej giełdy spadł aż o 9,5 proc. W pamięć inwestorów wryły się z pewnością dwie czwartkowe sesje, kiedy indeks blue chipów zniżkował aż o 3,6 i 3,9 proc. Tak ostrych spadków nie było na warszawskiej giełdzie od trzech lat. Analitycy skonstatowali, że tak "musiało być", że korekta była "długo wyczekiwana". Nie zmienia to jednak faktu, że na nowe rekordy hossy w perspektywie dwóch-trzech miesięcy trudno liczyć. Prawdopodobieństwo takiego scenariusza BusinessWeek ocenia na zaledwie 10 proc.
Marcin Brendota, analityk DM BOŚ, uważa, że do wzrostów indeksy wrócą dopiero pod koniec roku. Obecne spadki analityk tłumaczy giełdowym cyklem.
- Jeśli popatrzeć na historyczne zachowania cen akcji na rynkach światowych, wrzesień i październik zazwyczaj bywały okresami pogorszenia koniunktury - mówi Marcin Brendota. - Co prawda rok temu cykl został zakłócony, jednak uważam, że w tym roku do niego powróciliśmy.
Z kolei Tomasz Czarnecki, makler CDM Pekao, oczekuje, że tegoroczny szczyt indeksu WIG 20 (2564 pkt) zostanie pokonany dopiero w lutym. - Jeśli do tego dojdzie, z dużym prawdopodobieństwem historyczne maksima zostaną znacznie poprawione - mówi Czarnecki.
Wiele będzie zależało od cen ropy na rynkach światowych, bo to one - ze względu na duży wpływ spółek paliwowych na wartość indeksu - zdecydowały o wywindowaniu WIG 20 na historyczne maksima. Kiedy tylko cena baryłki zaczęła spadać, akcje Orlenu, Lotosu i MOL solidarnie zanurkowały o 10 proc. Gdyby trend się odwrócił, wraz z hossą na rynkach innych surowców (np. miedzi) inwestorzy mogliby liczyć na dalsze pomnażanie zysków wybranych spółek. To zresztą jedna ze słabości ostatniej fali hossy. - Rynek nie był szeroki, windowano ceny akcji kilku najbardziej płynnych firm, a reszta stała w miejscu lub spadała - zauważa Maciej Wewiórski, analityk CDM Pekao. - Bywało, że indeks rósł, a więcej było spółek taniejących niż drożejących.
Dlaczego? Bo choć sezon wyników kwartalnych dopiero się rozkręca, kilkanaście spółek już ostrzegło, że nie uda im się zrealizować prognoz. A to często działa jak domino - gracze wnioskują, że całej branży wiodło się gorzej, niż zakładano. Obawy te w połączeniu z kilkoma innymi czynnikami powodują, że analitycy oczekują
Spadku WIG 20 do 2200 pkt i kilkumiesięcznej stabilizacji, a powrót do wzrostów to ich zdaniem perspektywa co najmniej kilku miesięcy, więc z zakupami trzeba poczekać przynajmniej do początku przyszłego roku. Wtedy akcje powinny być tańsze. Taki scenariusz ma najwięcej zwolenników, dlatego BusinessWeek uznaje go za prawdopodobny w 60 proc.
Specjaliści CA IB uważają, że godziwa wartość indeksu największych spółek to 2300 pkt, więc ich zdaniem każde zejście poniżej tego poziomu inwestorzy długoterminowi powinni wykorzystywać do zakupu akcji. Z kolei zarządzający ING IM atrakcyjny poziom do powiększania portfela widzą nieco niżej - dopiero przy 2100 pkt. Obie instytucje są za to zgodne, że za rok WIG 20 powróci do rekordowych notowań. Konieczne jest jednak utrzymanie zyskowności spółek i ocieplenie klimatu inwestycyjnego wokół rynków wschodzących. Impulsem do wzrostów byłyby również kolejne oferty prywatyzacyjne, pod warunkiem że okazałyby się na tyle atrakcyjne, by przyciągnąć zagraniczne fundusze albo chociaż wzbudzić większe zainteresowanie rodzimych funduszy emerytalnych.
Prawo i Sprawiedliwość na kilka miesięcy zablokuje zapewne sprzedaż spółek Skarbu Państwa, więc OFE nadal będą się dusić w tym samym sosie. Bo choć teoretycznie mają miejsce w portfelu na krajowe akcje, na razie nie kwapią się do zwiększania zaangażowania. We wrześniu walory spółek z GPW stanowiły 30,7 proc. wartości aktywów funduszy (ustawowy limit to 35 proc.). Jeszcze niedawno udział ten sięgał przeciętnie 33 proc. Warto zwrócić uwagę na to, że we wrześniu stratedzy OFE wypracowali 2,2 mld zł zysku z zarządzania, co jest drugim wynikiem w tym roku. Rekord ustanowiono w lutym. Co ciekawe, wkrótce na giełdzie ceny zaczęły spadać, znosząc dokładnie całą falę wzrostową, która dźwignęła WIG 20 o 14 proc. w górę. Czy teraz będzie podobnie?
Podobieństw z historycznymi notowaniami jest zresztą więcej. Zdaniem Jacka Borawskiego, analityka DI BRE, w obecnym zachowaniu indeksów można się doszukiwać analogii z falą hossy z początku 2004 r. Wtedy szczyt kształtowano również pięć miesięcy, a WIG 20 w tym czasie wzrósł o 30 proc. (teraz o 40 proc.).
- Sekwencja ruchu jest podobna, a trzeba pamiętać, że szybka realizacja zysków, do której wtedy doszło, skutecznie zdusiła indeks na kilka miesięcy - dodaje Jacek Borawski. - Teraz zejście przynajmniej do 2100 pkt w ciągu kilku tygodni jest niemal pewne. Specjalista BRE za bardzo prawdopodobny uważa jednak scenariusz trzeci:
Spadek WIG 20 poniżej 2000 pkt
Taki rozwój sytuacji na warszawskim parkiecie uznajemy za możliwy w 30 proc. Paradoksalnie przemawia za nim najwięcej czynników, więc inwestorzy powinni śledzić, czy poszczególne elementy nie stworzą w końcu układanki z napisem "bessa". Najistotniejszy z nich to wycofywanie kapitału z rynków wschodzących. Jednym z impulsów do fatalnej sesji na GPW 6 października (WIG 20 spadł o 3,6 proc.) był raport banku HSBC. Analitycy zalecili w nim ograniczenie udziału akcji m.in. polskich spółek w portfelach inwestycyjnych, uznając, że nie mają już potencjału do wzrostu.
Na podstawie porównania wskaźnika cena do zysku (P/E) eksperci CA IB uważają, że akcje spółek z WIG 20 są droższe o 20 proc. od firm z pozostałych rynków europejskich. I tak jak zagraniczne fundusze hedgingowe i inwestycyjne nakręciły hossę, tak teraz większość z nich w błyskawicznym tempie zwija żagle i ucieka od przewartościowanych akcji w pewniejsze i coraz bardziej dochodowe obligacje amerykańskie. A te stają się relatywnie atrakcyjniejsze, z jednej strony - ze względu na coraz wyższe stopy procentowe za oceanem, z drugiej - ze względu na wysokie ceny ropy naftowej i potęgujące się obawy o wzrost gospodarczy w USA (a więc wyniki spółek), czego potwierdzeniem są rozmaite wskaźniki wyprzedzające koniunktury. To powoduje, że globalni gracze tracą apetyt na ryzyko, a najmocniej odbija się to na rynkach wschodzących. Efekt? Przecena rozlała się falą po giełdach od Brazylii i Meksyku, przez Europę Centralną, aż po rynki azjatyckie. Nie oszczędzono także giełd najbogatszych krajów: indeks S&P 500 stracił od początku miesiąca 4 proc., a w tym samym czasie indeksy we Frankfurcie, Londynie i Paryżu zniżkowały o 6-7 proc.
O tym, że nie są to chwilowe przetasowania w portfelach, świadczą duże obroty towarzyszące spadkom. Jeśli spojrzeć tylko na warszawski parkiet i wziąć pod uwagę te sesje, na których wartość indeksu zmieniała się przynajmniej o 1 proc. w górę lub w dół, w parze z przeceną szły obroty przeciętnie o jedną trzecią wyższe niż na sesjach, w trakcie których indeks rósł. - Kiedy od lutego do maja indeksy spadały, korekta odbywała się na zmniejszonych obrotach. Teraz jest inaczej, a to przemawia za tym, że mamy do czynienia nie z przejściową realizacją zysków, ale z próbą zmiany trendu na spadkowy - mówi Jacek Borawski.
Aby jednak do tego doszło, indeksy muszą spaść poniżej 2100 pkt (w tym miejscu przebiega linia trzyletniego trendu wzrostowego). Zdecydowane przełamanie linii trendu, poparte dużą podażą, byłoby psychologicznie bardzo złym sygnałem. Realizacja takiego scenariusza staje się o tyle realna, że podobnie jak za oceanem także u nas w przyszłym roku wzrost gospodarczy nie będzie imponujący, a tegoroczne doświadczenia każą ostrożnie podchodzić do prognoz 4,3 proc. wzrostu PKB i dwucyfrowej dynamiki inwestycji. Gdyby równocześnie doszło do osłabienia złotego, inwestorzy zagraniczni tylko przyspieszyliby tempo realizacji pokaźnych zysków.
A osłabienie to wydaje się prawdopodobne, biorąc pod uwagę wspomniane czynniki globalne, niepewny los reform fiskalnych i całkiem realną możliwość zaognienia sporów w tworzącej się w bólach koalicji PiS-PO.
Dziś niewielu specjalistów ma odwagę, by obstawiać taki rozwój wypadków, ale na początku roku na palcach jednej ręki zliczyć można było takich, którym wyobraźnia pozwalała widzieć WIG 20 powyżej 2500 pkt.
Marcin Brendota, analityk DM BOŚ, uważa, że do wzrostów indeksy wrócą dopiero pod koniec roku. Obecne spadki analityk tłumaczy giełdowym cyklem.
- Jeśli popatrzeć na historyczne zachowania cen akcji na rynkach światowych, wrzesień i październik zazwyczaj bywały okresami pogorszenia koniunktury - mówi Marcin Brendota. - Co prawda rok temu cykl został zakłócony, jednak uważam, że w tym roku do niego powróciliśmy.
Z kolei Tomasz Czarnecki, makler CDM Pekao, oczekuje, że tegoroczny szczyt indeksu WIG 20 (2564 pkt) zostanie pokonany dopiero w lutym. - Jeśli do tego dojdzie, z dużym prawdopodobieństwem historyczne maksima zostaną znacznie poprawione - mówi Czarnecki.
Wiele będzie zależało od cen ropy na rynkach światowych, bo to one - ze względu na duży wpływ spółek paliwowych na wartość indeksu - zdecydowały o wywindowaniu WIG 20 na historyczne maksima. Kiedy tylko cena baryłki zaczęła spadać, akcje Orlenu, Lotosu i MOL solidarnie zanurkowały o 10 proc. Gdyby trend się odwrócił, wraz z hossą na rynkach innych surowców (np. miedzi) inwestorzy mogliby liczyć na dalsze pomnażanie zysków wybranych spółek. To zresztą jedna ze słabości ostatniej fali hossy. - Rynek nie był szeroki, windowano ceny akcji kilku najbardziej płynnych firm, a reszta stała w miejscu lub spadała - zauważa Maciej Wewiórski, analityk CDM Pekao. - Bywało, że indeks rósł, a więcej było spółek taniejących niż drożejących.
Dlaczego? Bo choć sezon wyników kwartalnych dopiero się rozkręca, kilkanaście spółek już ostrzegło, że nie uda im się zrealizować prognoz. A to często działa jak domino - gracze wnioskują, że całej branży wiodło się gorzej, niż zakładano. Obawy te w połączeniu z kilkoma innymi czynnikami powodują, że analitycy oczekują
Spadku WIG 20 do 2200 pkt i kilkumiesięcznej stabilizacji, a powrót do wzrostów to ich zdaniem perspektywa co najmniej kilku miesięcy, więc z zakupami trzeba poczekać przynajmniej do początku przyszłego roku. Wtedy akcje powinny być tańsze. Taki scenariusz ma najwięcej zwolenników, dlatego BusinessWeek uznaje go za prawdopodobny w 60 proc.
Specjaliści CA IB uważają, że godziwa wartość indeksu największych spółek to 2300 pkt, więc ich zdaniem każde zejście poniżej tego poziomu inwestorzy długoterminowi powinni wykorzystywać do zakupu akcji. Z kolei zarządzający ING IM atrakcyjny poziom do powiększania portfela widzą nieco niżej - dopiero przy 2100 pkt. Obie instytucje są za to zgodne, że za rok WIG 20 powróci do rekordowych notowań. Konieczne jest jednak utrzymanie zyskowności spółek i ocieplenie klimatu inwestycyjnego wokół rynków wschodzących. Impulsem do wzrostów byłyby również kolejne oferty prywatyzacyjne, pod warunkiem że okazałyby się na tyle atrakcyjne, by przyciągnąć zagraniczne fundusze albo chociaż wzbudzić większe zainteresowanie rodzimych funduszy emerytalnych.
Prawo i Sprawiedliwość na kilka miesięcy zablokuje zapewne sprzedaż spółek Skarbu Państwa, więc OFE nadal będą się dusić w tym samym sosie. Bo choć teoretycznie mają miejsce w portfelu na krajowe akcje, na razie nie kwapią się do zwiększania zaangażowania. We wrześniu walory spółek z GPW stanowiły 30,7 proc. wartości aktywów funduszy (ustawowy limit to 35 proc.). Jeszcze niedawno udział ten sięgał przeciętnie 33 proc. Warto zwrócić uwagę na to, że we wrześniu stratedzy OFE wypracowali 2,2 mld zł zysku z zarządzania, co jest drugim wynikiem w tym roku. Rekord ustanowiono w lutym. Co ciekawe, wkrótce na giełdzie ceny zaczęły spadać, znosząc dokładnie całą falę wzrostową, która dźwignęła WIG 20 o 14 proc. w górę. Czy teraz będzie podobnie?
Podobieństw z historycznymi notowaniami jest zresztą więcej. Zdaniem Jacka Borawskiego, analityka DI BRE, w obecnym zachowaniu indeksów można się doszukiwać analogii z falą hossy z początku 2004 r. Wtedy szczyt kształtowano również pięć miesięcy, a WIG 20 w tym czasie wzrósł o 30 proc. (teraz o 40 proc.).
- Sekwencja ruchu jest podobna, a trzeba pamiętać, że szybka realizacja zysków, do której wtedy doszło, skutecznie zdusiła indeks na kilka miesięcy - dodaje Jacek Borawski. - Teraz zejście przynajmniej do 2100 pkt w ciągu kilku tygodni jest niemal pewne. Specjalista BRE za bardzo prawdopodobny uważa jednak scenariusz trzeci:
Spadek WIG 20 poniżej 2000 pkt
Taki rozwój sytuacji na warszawskim parkiecie uznajemy za możliwy w 30 proc. Paradoksalnie przemawia za nim najwięcej czynników, więc inwestorzy powinni śledzić, czy poszczególne elementy nie stworzą w końcu układanki z napisem "bessa". Najistotniejszy z nich to wycofywanie kapitału z rynków wschodzących. Jednym z impulsów do fatalnej sesji na GPW 6 października (WIG 20 spadł o 3,6 proc.) był raport banku HSBC. Analitycy zalecili w nim ograniczenie udziału akcji m.in. polskich spółek w portfelach inwestycyjnych, uznając, że nie mają już potencjału do wzrostu.
Na podstawie porównania wskaźnika cena do zysku (P/E) eksperci CA IB uważają, że akcje spółek z WIG 20 są droższe o 20 proc. od firm z pozostałych rynków europejskich. I tak jak zagraniczne fundusze hedgingowe i inwestycyjne nakręciły hossę, tak teraz większość z nich w błyskawicznym tempie zwija żagle i ucieka od przewartościowanych akcji w pewniejsze i coraz bardziej dochodowe obligacje amerykańskie. A te stają się relatywnie atrakcyjniejsze, z jednej strony - ze względu na coraz wyższe stopy procentowe za oceanem, z drugiej - ze względu na wysokie ceny ropy naftowej i potęgujące się obawy o wzrost gospodarczy w USA (a więc wyniki spółek), czego potwierdzeniem są rozmaite wskaźniki wyprzedzające koniunktury. To powoduje, że globalni gracze tracą apetyt na ryzyko, a najmocniej odbija się to na rynkach wschodzących. Efekt? Przecena rozlała się falą po giełdach od Brazylii i Meksyku, przez Europę Centralną, aż po rynki azjatyckie. Nie oszczędzono także giełd najbogatszych krajów: indeks S&P 500 stracił od początku miesiąca 4 proc., a w tym samym czasie indeksy we Frankfurcie, Londynie i Paryżu zniżkowały o 6-7 proc.
O tym, że nie są to chwilowe przetasowania w portfelach, świadczą duże obroty towarzyszące spadkom. Jeśli spojrzeć tylko na warszawski parkiet i wziąć pod uwagę te sesje, na których wartość indeksu zmieniała się przynajmniej o 1 proc. w górę lub w dół, w parze z przeceną szły obroty przeciętnie o jedną trzecią wyższe niż na sesjach, w trakcie których indeks rósł. - Kiedy od lutego do maja indeksy spadały, korekta odbywała się na zmniejszonych obrotach. Teraz jest inaczej, a to przemawia za tym, że mamy do czynienia nie z przejściową realizacją zysków, ale z próbą zmiany trendu na spadkowy - mówi Jacek Borawski.
Aby jednak do tego doszło, indeksy muszą spaść poniżej 2100 pkt (w tym miejscu przebiega linia trzyletniego trendu wzrostowego). Zdecydowane przełamanie linii trendu, poparte dużą podażą, byłoby psychologicznie bardzo złym sygnałem. Realizacja takiego scenariusza staje się o tyle realna, że podobnie jak za oceanem także u nas w przyszłym roku wzrost gospodarczy nie będzie imponujący, a tegoroczne doświadczenia każą ostrożnie podchodzić do prognoz 4,3 proc. wzrostu PKB i dwucyfrowej dynamiki inwestycji. Gdyby równocześnie doszło do osłabienia złotego, inwestorzy zagraniczni tylko przyspieszyliby tempo realizacji pokaźnych zysków.
A osłabienie to wydaje się prawdopodobne, biorąc pod uwagę wspomniane czynniki globalne, niepewny los reform fiskalnych i całkiem realną możliwość zaognienia sporów w tworzącej się w bólach koalicji PiS-PO.
Dziś niewielu specjalistów ma odwagę, by obstawiać taki rozwój wypadków, ale na początku roku na palcach jednej ręki zliczyć można było takich, którym wyobraźnia pozwalała widzieć WIG 20 powyżej 2500 pkt.